A A A

Mała ciąża, niemała strata

data dodania: 16.04.2011

Informacje
Autor: Katarzyna Stelter
Data dodania: 16.04.2011

Tagi: poronienie, strata ciąży, śmierć dziecka, ciąża

- Wraz ze śmiercią dziecka umiera też nasza przyszłość - rozmowa z Małgorzatą Bronką, przedstawicielką Stowarzyszenia Rodziców po Poronieniu w Bydgoszczy.

Zobacz galerię

Dyskusje w grupach:
ostatnie wpisy w grupach

zobacz inne grupy...

Katarzyna Stelter: Ile lat mieliby dziś Ola i Dominik?

Małgorzata Bronka: Ola skończyłaby 12 lat, Dominik miałby prawie 4,5.

Czy po tylu latach powracają jeszcze złe wspomnienia?

Ma pani na myśli smutek i rozpacz? To nie są dla mnie złe wspomnienia. Złe wspomnienia to sposób, w jaki zostałam potraktowana w szpitalu. W momencie śmierci dziecka, nawet jeśli miało kilka czy kilkanaście tygodni życia ciążowego za sobą, cały nasz świat się rozpada.

Jak wyglądał ten dzień?

W 21. tygodniu ciąży z Dominikiem zaczęłam krwawić, więc jak najszybciej pojechałam do szpitala. Dotarłam tam po 20 minutach. Odnalazłam oddział medycyny ratunkowej, gdzie powiedziano mi, że nie ma się mną kto zająć i mam poczekać na korytarzu. Ponieważ wydawało mi się, że w sytuacji krwawienia w ciąży wskazane jest leżenie, położyłam się w jednej z sal dla pacjentów. Wówczas zainteresowała się mną pielęgniarka i po konsultacji z lekarzem skierowała na oddział ginekologiczno-położniczy.

Tam udzielono pani pomocy?

Nie tak szybko. Zarejestrowano mnie, przyjęto na odział i polecono czekać na konsultację lekarską. Moje oczekiwanie trwało 1,5 godziny. Po tym czasie zbadał mnie lekarz, który, żartując nieustannie, wykonał USG i stwierdził, że dziecko nie żyje. Nie powiedział jednak tego do mnie tylko do położnej zapisującej wyniki badania: „W jamie macicy płód martwy w położeniu miednicowym". Potem podyktował resztę wyników i zwrócił się do mnie z pytaniem, czy słyszałam. Dorzucił do tego informację, że następnego dnia poród zostanie wywołany.

Została więc pani w szpitalu.

Położono mnie na 6-osobowej sali z kobietami w ciąży, które były przed zabiegami ginekologicznymi lub tuż po nich. Położne i pielęgniarki pracujące na oddziale były życzliwe i taktowne, ale na moje pytania reagowały irytacją. Lekarze byli nieuprzejmi. Polecono mi napisać oświadczenie, że w związku z obumarciem ciąży, proszę o jej rozwiązanie. Poinformowano mnie, że poród powinien trwać 6 godzin. Na sali chorych, wśród pozostałych pacjentek, odwiedzających je rozbawionych gości leżałam z nasilającymi się skurczami. Po 6 godzinach zbadano mnie i podano Pyralgin z powodu silnego bólu. Kilkakrotnie prosiłam o przeniesienie w jakieś odosobnione miejsce. Powtarzano mi, że z powodu braku miejsc nie ma takiej możliwości. Dopiero ok. godz. 19 położna wyprosiła z sali mężczyzn odwiedzających pacjentki. Poród był bardzo bolesny, więc pozostałe pacjentki postanowiły wyjść do świetlicy. Dzięki temu ostatnią godzinę porodu spędziłam tylko z mężem i zaglądająca od czasu do czasu położną.

Żaden lekarz nie interesował się panią i pani stanem w czasie porodu?

Lekarz? Nie. Przychodziła jedynie położna.

A co zrobiono z dzieckiem?

Ciało synka zabrano, informując nas, że jeśli decydujemy się na sekcję, niemożliwe jest zorganizowanie pogrzebu. Mimo, że czułam, że to nie prawda, nie miałam siły z nimi walczyć.

Postanowiła pani jednak wrócić i walczyć o swoje.

Po jakichś 3 tygodniach zebrałam na tyle sil i wiedzy na temat obowiązującego prawa, że zadzwoniłam do zakładu patomorfologii. Niestety, było już za późno na pochówek. Ciało Dominika zostało skremowane i nie wiem, w jaki sposób zutylizowane.

To wtedy pojawiło się w pani życiu Stowarzyszenie Rodziców po Poronieniu?

Strona SRpP powstała w 2004 r., a w następnym Stowarzyszenie zostało zarejestrowane. Stronę zaczęłam czytać zaraz po powrocie do domu. Było tam już wtedy ok. 200 artykułów, działało też forum. Przeczytałam wszystkie wpisy na forum, artykuły i teksty wszystkich rozporządzeń. Dlatego właśnie, po tych 3 tygodniach, byłam w stanie zmobilizować się na tyle, by spróbować zarejestrować synka w USC i pochować go.

To się nie udało. Znalazła pani sposób, by pożegnać się z nim w inny sposób?

Tak, na wiele sposobów. Na początku zrobiłam sobie czarną bransoletkę, potem kupiłam srebrny wisiorek, spałam z małym aniołkiem w ręce, a w torebce do dziś noszę drugiego - chłopca w spodenkach, którego zrobiłam na szydełku. Szukałam w sieci zdjęć dzieci w podobnym wieku i nosiłam je w portfelu, szukałam wierszy i nagrywałam sobie płyty z muzyką, która pasowała do mojego nastroju. Posadziłam miłorząb, bo ma liście w kształcie serca oraz jaśmin, bo pięknie pachnie. W 2009 r. pochowałam bloczki parafinowe z tkankami moich dzieci. Ola i Dominik cały czas mają swoje miejsce w naszej rodzinie, od początku je miały. Dostają symboliczne prezenty na wszystkie święta, mają swoje nakrycia w czasie Wigilii, a na Dzień Dziecka puszczamy im do nieba bańki mydlane.

Coraz więcej kobiet wie, że przez żałobę po prostu trzeba przejść. Czy ktoś uświadomił pani, że ten ból jest naturalny, że nie musi pani na siłę zapominać, udawać, że wszystko jest w porządku?

Tak, kobiety na forum i psycholog, do którego poszłam dzięki sugestii mojego lekarza prowadzącego, który jest wyjątkowo wrażliwym człowiekiem. Naturalne są: żal, rozpacz, smutek, złość i wiele innych uczuć oraz stanów zwanych łącznie żałobą. Stan ten trwa bardzo długo, zwykle około roku (u mnie też to tyle trwało) i jest czasem przyzwyczajania się do nieodwracalności śmierci konkretnej osoby i nauką życia od nowa. Ten stan jest już za mną. Ale nadal tęsknię za moimi dziećmi i zawsze będzie mi ich brakować.

A jak zniósł to pani mąż?

Było mu tak samo trudno, tym bardziej, że dodatkowo martwił się też o mnie. Był dla mnie ogromnym wsparciem i nawet, jeśli nie rozumiał moich zachowań, pozwalał mi przeżywać żałobę tak, jak tego potrzebowałam. Sam podszedł do smutku po męsku, czyli założył, że nie będzie zajmował się sprawami, na które nie ma wpływu. Ale dzieci tak samo mu brakuje i tęskni za nimi, choć nie mówi o tym tak często jak ja.

Przychodzi też taki moment, że trzeba uciąć pytania o ciążę i dziecko niczego nieświadomych przyjaciół czy znajomych. Jak sobie pani z tym poradziła?

W późnych poronieniach jest o tyle łatwiej, że wcześniej było już widać brzuch, który nagle znika na długo przed terminem porodu. Ogólnie bardzo dużo zależy od relacji, jakie mamy z innymi i od ich wrażliwości. Czasem słowa o tym, że dziecko zmarło nie chcą przejść przez gardło zanim się człowiek nie rozpłacze. Ale z reguły nie miałam z tym problemu, wprost mówiłam, że już nie jestem w ciąży, że dziecko umarło. I to za każdym razem, także przy pierwszym poronieniu.

Tak samo zachowywaliśmy się wobec naszych starszych dzieci. Mówiliśmy im wprost co się stało, np. gdy miały 2 i 4 lata, że dzidziuś zachorował i umarł.

A jakie słowa pocieszenia znajduje pani dla mam, które straciły swoje dzieci?

Najbardziej pomaga im, gdy się dostrzeże, że cierpią po stracie dziecka. Takie podejście pozwala im samym przyznać, że mają prawo do żałoby, do rozpaczy po śmierci kogoś bliskiego, do wyrażania swoich uczuć. Należy pozwolić osieroconym matkom na przeżywanie różnych uczuć poprzez zauważanie ich, niezaprzeczanie ich istnieniu, niedawanie na siłę dobrych rad. Zapewnijmy kobietę o tym, że to, co przeżywa jest naturalne, pamiętając, że każdy inaczej przeżywa stratę. Ważne są słowa i gesty wyrażające współczucie. Nie ma tu gotowych recept na to, co mówić, jednak proste słowa: „Bardzo mi przykro”, „Musi być ci ciężko” znaczą bardzo wiele. Tragedia rodziców staje się zauważona, nie cierpią samotnie. Istotne w procesie zdrowienia jest także umożliwienie rodzicom pożegnania z dzieckiem, zarówno bezpośredniego, jak i symbolicznego. Większość kobiet odczuwa ogromną potrzebę zobaczenia, przytulenia i pożegnania dziecka, nawet, jeśli poród odbywa się znacznie przed czasem. Brak możliwości pożegnania sprawia, że emocje zostają jakby zawieszone, odłożone na potem, co przedłuża etap szoku i w efekcie wydłuża czas żałoby. Podobnie oczyszczającą rolę spełnia pogrzeb. Jeśli brak takiego pożegnania nastąpił bez zgody kobiety, jest jej dużo trudniej pogodzić się ze śmiercią dziecka i powrócić do życia. Warto również zaproponować rodzicom zrobienie zdjęcia dziecka, obcięcia kosmyka włosów, czy zrobienie odcisku stopy. W momencie śmierci dziecka rodzice są zbyt zszokowani, by o tym pomyśleć i nie potrafią przewidzieć, co może im pomóc, ale w przyszłości będzie to cenna pamiątka. Niezwykle istotne jest także nadanie imienia dziecku i celebrowanie pamięci o nim.

Czy przez te lata personel medyczny zmienił swoje podejście do kobiet, które roniąc tracą swoje dzieci?

Z jednej strony dużo się zmienia w mentalności pracowników ochrony zdrowia, ale z drugiej jest nadal ogromna liczba szpitali, w których kobiety doświadczają dodatkowej traumy, nikt nie szanuje ich praw ani poczucia intymności. Nagminnie odmawia się też prawa do zarejestrowania i pochówku dziecka. Ostatnio mnóstwo szpitali „gubi” ciała dzieci. Ponieważ Departament Prawny Ministerstwa Zdrowia wysłał w ubiegłym roku pismo do szpitali, w którym pisze, że – cytuję - „wydaje się”, że jeśli w materiale po poronieniu nie ma tkanek dziecka, to nie ma przesłanek do zgłoszenia urodzenia dziecka. I kobiety trafiają z diagnozą obumarcia zarodka do szpitala, na usg widać martwe ciało dziecka, potem następuje zabieg łyżeczkowania, a w wypisie i wyniku histopatologicznym szpital pisze, że „obecności tkanek zarodka nie stwierdza się”. Ostatnio na forum pisał ojciec, któremu szpital „zgubił” ciało dziecka w 19. tygodniu ciąży!

Jak tłumaczą się pracownicy szpitali?

Zwykle twierdzą, że rodzicom chodzi tylko o pieniądze z zasiłku pogrzebowego. Do tego dochodzi brak umiejętności w radzeniu sobie z własnymi uczuciami w obliczu śmierci.

Kursy dla położnych i lekarzy, które prowadzi pani w ramach Stowarzyszenia mają im pomóc.

Ani lekarze, ani położne nie są uczeni, jak radzić sobie ze stresem, jak przekazywać trudną diagnozę, jak funkcjonować towarzysząc innym w cierpieniu. Na studiach nie mają zajęć praktycznych z psychologii i bardzo niewiele z etyki. Do tego dochodzi społeczne przekonanie o tym, że mała ciąża, to mała strata. Większość ludzi (w tym także większość personelu medycznego) nie zdaje sobie sprawy, że wraz ze śmiercią dziecka umiera też nasza przyszłość, wszystkie plany, jakie z nim wiązaliśmy. Mąż mojej znajomej na wiadomość o tym, że dziecko zmarło w pierwszych tygodniach ciąży powiedział: „Ale przecież ja już wybrałem mu rower!”.

Czy dziś m. in dzięki działalności Stowarzyszenia, widać już jakieś pozytywne zmiany w kwestii poronień?

Dziś wielu ludzi wie już, że dziecko można pochować bez względu na jego wielkość i słyszało także o prawach rodziców po stracie. Lekarze i położnicy chętnie biorą udział w szkoleniach, które organizuje np. nasze Stowarzyszenie. Dzięki temu wzrasta nie tylko otwartość samych rodziców na przeżywanie żałoby, ale i większa jest wrażliwość ze strony personelu medycznego.

Komentarze użytkowników