Agnieszka Zimmermann: Test wskazuje dwie kreski. Co pani myśli?
Dorota Smoleń: Myślę z radością „ojacieojacieojacie”, ale natychmiast dołącza się pełne trwogi „oranyoranyorany!”. Obaj moi synkowie byli zaplanowani i oczekiwani, toteż wiadomość o pierwszej i drugiej ciąży przyjęłam z wielką radością. Spodziewałam się pozytywnego wyniku testu, a jednak wprawił mnie w euforię, chciało mi się śpiewać i płakać z radości. Widok dwóch kresek na teście to niezapomniana chwila, zwiastująca początek nowej ery.
Ciąża to piękny czas. Jak go Pani zapamiętała?
Pierwsza ciąża miała trudne początki: lekarka na badaniu USG zauważyła pokaźnego krwiaka i nie dawała mi dużych szans na utrzymanie ciąży. Pamiętam, że leżałam zgodnie z zaleceniami, cierpliwie brałam przepisane zastrzyki i medykamenty, głaskałam się po płaskim jak deska brzuchu, modliłam się i prosiłam: „Dziecko, zostań, obiecuję ci, że będzie ci z nami dobrze”. I zostało, i urodził się Piotruś.
Przygotowywałam się do spotkania z dzieckiem głównie wysypiając się na zapas. Lekarka od początku nie dawała mi szans na poród siłami natury, więc nie nastawiałam się na mistyczne doznania, lecz na zimną stal. Ale celebrowałam powiększający się brzuch, uwielbiałam patrzeć na niego, głaskałam się po brzuchu... W ciąży z Michasiem nie miałam czasu wysypiać się ani celebrować, bo Piotruś miał wtedy niecałe 2 latka.
Początki rodzicielstwa: to szaleństwo czy sama radość i spokój?
Byłam zadziwiająco spokojna i pewna, że sobie poradzimy. I tak się stało. Zajęliśmy się noworodkiem we dwoje z mężem, bez pomocy babć, cioć i sąsiadek. Co prawda dopiero po tygodniu wpadliśmy na pomysł, żeby zajrzeć Piotrusiowi pod paszki, gdzie zdążyły się już uformować zgrabne ruloniki złuszczonej skóry, ale dziecku to szczególnie nie zaszkodziło. Nie miałam żadnych dołów, lęków, depresji, fruwałam jak na skrzydłach. Pamiętam, jak mi pokazali Piotrusia zaraz po wyjęciu z brzucha: nie płakał, tylko patrzył na mnie wielkimi oczami. Michaś urodził się z krzykiem, od początku prezentując mocny charakter i tak mu już zostało.
Największym wyzwaniem nie był dla mnie noworodek, ale konieczność pogodzenia opieki nad noworodkiem i dwulatkiem. To była jazda! Źle wspominam pierwszy rok z dwójką dzieci. To był bardzo wyczerpujący okres, zarówno fizycznie jak i psychicznie. Taszczyłam na trzecie piętro dwójkę małych dzieci i zakupy, mąż długo pracował, więc cały dzień byłam z nimi sama, obaj synkowie mnie potrzebowali w tej samej chwili... Było naprawdę ciężko, aczkolwiek opłaciło się, bo teraz dzięki małej różnicy wieku chłopcy mają dobry kontakt i chętnie się razem bawią.
Jak udaje się pani okiełznać dwóch urwisów?
Nasze wychowawcze motto brzmi: „żeby było w miarę spokojnie, żeby dzieci nie weszły nam na głowę i żebyśmy nie zwariowali”. Stosuję metodę kija i marchewki, szantaż, przekupstwo, fortele, negocjuję bez końca, tłumaczę wielekroć, powtarzam milion razy... Metody zmieniają się z upływem czasu. Kiedy Piotruś był malutki, za punkt honoru postawiłam sobie, że będzie spał w swoim łóżeczku, nie z nami. Skończyło się to tak, że noce przesypiałam siedząc w fotelu z dzieckiem u piersi. Przy Michasiu od razu dałam sobie spokój, spał z nami i było super: jadł kiedy chciał, karmiłam go przez sen, nawet nie wiedząc, ile razy w ciągu nocy. Przy Piotrusiu byłam bardziej surowa, wymagałam od niego zbyt wielu rzeczy. Teraz wyluzowałam i jest nam wszystkim z tym lepiej. Mamy spisane domowe zasady postępowania, do których się odwołuję, gdy zachodzi potrzeba, za dobre sprawowanie chłopcy dostają punkty - naklejki, które wymieniają na upragnioną zabawkę, za złe zachowania odbieram przyjemności, odsyłam do drugiego pokoju.
Metody się sprawdzają?
Piotrusia, który ma teraz prawie sześć lat, łatwo jest zdyscyplinować groźbą kary, nawet bez precyzowania na czym miałaby polegać. Z Michasiem, prawie czteroletnim, jest znacznie gorzej, bo to wyjątkowo uparty egzemplarz, ale i tu jakoś sobie radzę. W użyciu jest karny żółwik, zakaz oglądania dobranocki, embargo na słodycze. Najlepiej działa to ostatnie.
A chwile zwątpienia? Pojawiają się?
Brakuje mi siły codziennie o godz. 19. To jest magiczna pora, o której wyczerpują się moje pokłady cierpliwości, oko zaczyna mi latać, ręce się trzęsą, furia paruje uszami, zamieniam się w smoka, w bestię ziejącą żądzą mordu, chce mi się wyć i ze zmęczenia padam na twarz. Chłopcy o tym wiedzą i gdy za bardzo dokazują, a ja czuję, że zaraz wybuchnę, ostrzegam ich lojalnie: jestem zmęczona. To wystarczy, żeby przynajmniej Piotruś się uspokoił, a to już 50% mniej hałasu.
Ponadto przynajmniej raz w tygodniu wydarza się coś, co mnie utwierdza w przekonaniu, że nie nadaję się na matkę i po co mi te dzieci były, mogłam była robić doktorat z literatury staropolskiej, siedzieć teraz w czytelni starodruków, w ciszy wdychać siedemnastowieczne roztocza i nikt nie wyłby mi nad głową, domagając się żelków.
To jednak zapewne tylko chwilowe dołki.
Matki zawsze sobie radzą „jakoś”, tyle że otoczenie postrzega to różnie. Przywykłam, że niezadowolony Michał tarza się po chodniku, a ja wtedy cierpliwie czekam, aż mu przejdzie. Dla obserwatora z boku to może być dowód na to, że sobie nie radzę, bo mi dziecko wstyd przynosi, fochy pokazuje. Mnie to już nie rusza, niech sobie pokazuje, przejdzie mu. Uważam, że emocje należy z siebie wyrzucić, a szczególnie dziecko ma do tego prawo. Gorzej, gdy rzuca się z pięściami na mnie – wtedy łapię za ręce, przytrzymuję mocno i stanowczo przypominam, że nie wolno tak robić. Jeśli matka mówi, że sobie nie radzi, to znaczy, że jest po prostu śmiertelnie zmęczona i nie ma siły na wymyślanie kolejnych forteli. Sama tak miewam przynajmniej raz na tydzień. Ta, której dziecko weszło na głowę, nawet tego nie zauważa. A jeśli już zauważy i zechce to zmienić, to musi się dobrze zastanowić: co chce zmienić, w jaki sposób i za jaką cenę. I czy jest gotowa podjąć wyzwanie.
Nie jest to proste zadanie.
Posłużę się przykładem: jeśli dziecko jest agresywne, to należy przeanalizować, skąd czerpie takie wzorce: Sami wybuchamy agresją? Stosujemy wobec niego przemoc? Ogląda bajki pełne przemocy? Gra w gry komputerowe, gdzie krew leje się gęsto? W przedszkolu jest ktoś agresywny, kto mu imponuje? Często winę ponoszą właśnie bajki, np. znam dzieci bardzo spokojnych rodziców, które często przybierają postawę do bójki, robią groźne miny, a jedno z nich przystawiło matce pistolet do głowy warcząc „już nie żyjesz!”. Co robić? Odciąć od takich bajek i gier, mimo że dziecko będzie protestować, reagować stanowczo na każde niepożądane zachowanie, wspólnie z dzieckiem opracować domowy kodeks zasad, który będzie obowiązywał obydwie strony, nie podnosić na dziecko ręki i cierpliwie tłumaczyć, tłumaczyć, tłumaczyć... Kiedyś w końcu zrozumie, ale rodziców czeka wiele prób, a ręka nie raz będzie ich świerzbić, żeby „wytłumaczyć ręcznie”. Ale to równia pochyła, naprawdę. Nakręcająca się spirala agresji niczego dobrego nie przyniesie. Warto też pamiętać, że jesteśmy tylko ludźmi i każdy z nas ma gorszy dzień, kiedy jest w stanie uderzyć dziecko, choć deklaruje, że nie będzie tego robił. Nie ma co się samobiczować i rozpamiętywać tej porażki, najważniejsze to przeprosić dziecko, gdy emocje opadną i zrobić wszystko, by nie dochodziło do podobnych sytuacji.
Angażuje się pani również w pomoc dla innych. Czym jest „Macierzyństwo bez lukru”?
„Macierzyństwo bez lukru” to projekt charytatywny na rzecz małego Mikołajka, chorego na rdzeniowy zanik mięśni (SMA typu I), który stworzyłyśmy z grupą matek-blogerek, które znam i czytam. Jest to antologia tekstów z naszych blogów, które szczerze i czasem bardzo dosadnie mówią o tym, jakie naprawdę jest macierzyństwo. Nie lejemy wszechobecnego w reklamach lukru, nie pokazujemy wyidealizowanych obrazków z nieprawdziwego świata, opisujemy trudne decyzje, sytuacje, choroby – ale też nie narzekamy, cieszymy się życiem, kochamy nasze dzieci i pokazujemy, że dylematy wszystkich matek na świecie są w gruncie rzeczy podobne.
Naszą antologią udowadniamy także, że solidarność matek istnieje naprawdę. W świecie podzielonym na matki karmiące piersią i butelkowe, na mamy pracujące zawodowo i tzw. kury domowe potrafimy się zjednoczyć wokół wspólnego celu, jakim jest pomoc choremu dziecku i jego rodzicom. Wszystkie środki ze sprzedaży zbiorku zasilają konto Mikołajka i są wykorzystywane na zakup potrzebnych urządzeń oraz codzienną rehabilitację, która pozwala opóźniać rozwój choroby. Antologię można kupić, wpłacając dowolną kwotę na konto Mikołajka w Fundacji Dzieciom „Zdążyć z pomocą”. Szczegóły znajdują się na blogu akcji http://macierzynstwo-bez-lukru.blogspot.com/.
Rozmawiała Agnieszka Zimmermann