A A A

Nie poroniłam. Ja straciłam dziecko

data dodania: 16.04.2011

Informacje
Autor: Agnieszka Półtorak-Terpiłowska, psycholog
Data dodania: 16.04.2011

Tagi: dziecko, rodzice, poronienie, pogrzeb, płód, ciąża

Jak dać sobie radę po poronieniu? Czy doświadczenie innych rzeczywiście może dawać nadzieję?

Zobacz galerię

Dyskusje w grupach:
ostatnie wpisy w grupach

zobacz inne grupy...

„ Tysiące ludzi przed nami

spotkał identyczny los i poradzili sobie,

więc i my damy sobie radę.”

R. Brasc

Jak dać sobie radę po poronieniu, czy można dać sobie radę i co znaczy poradzić sobie? Czy faktycznie, to że inni ludzie przeżyli podobne, trudne doświadczenia może dawać nadzieję?

Dla każdej osoby czy rodziny słowa te mają inny wydźwięk i są inaczej rozumiane, bo tak naprawdę wszystko zależy od rzeczywistości, w której żyjemy. Należy jednak dostrzec, że poronienie dotyczy przede wszystkim kobiety, która go doświadcza. Tym stwierdzeniem jednak w żaden sposób nie chciałabym odbierać prawa do przeżywania go innym osobom z rodziny.

Macierzyństwo kobiety na drodze od poczęcia do narodzin jest procesem nie tylko biofizjologicznym, ale i psychologicznym. Rodzicielstwo należy oczywiście do obojga rodziców, jednak można powiedzieć, że jest pełniej realizowane przez kobietę zwłaszcza w okresie prenatalnym. Więź pomiędzy rodzicami a nienarodzonym dzieckiem można porównać do relacji osób, które nigdy się nie widziały, mieszkają daleko od siebie, a mimo to są ze sobą bardzo blisko emocjonalnie. Odważyłabym się nawet powiedzieć, że ta relacja jest tak bardzo bliska właśnie dlatego, że opiera się na świecie wyobrażeń. Gdy jedna z osób znika, odchodzi, to dla tej drugiej to nie tylko utrata kogoś bliskiego sercu, ale też części siebie – swoich marzeń. I to niezależnie od tego, jak długo ta swoista więź trwała - pięć, 12 czy 20 tygodni, bo to nie dni czy godziny decydują o bliskości, ale nasze zaangażowanie w tęrelację.

„Utrata” czy „poronienie”?

Z łacińskiego „abortus”, w angielskiego „miscarriage” w dosłownym tłumaczeniu na polski oznacza „niedonoszenie”. „Poronić”, jak podaje słownik języka polskiego, znaczy tyle co urodzić przedwcześnie niedostatecznie ukształtowany płód lub martwe dziecko. W języku potocznym, codziennym używamy słowa „poroniony” np. „poroniony pomysł” czyli „chory”, „niemożliwy do zrealizowania”. Już sama nazwa stawia nas zatem przed niejednoznacznością słowa „poronienie”. Z medycznego punktu widzenia, oznacza ono przedwczesne zakończenie ciąży trwającej krócej niż 22. tygodnie wskutek wydalenia obumarłego jaja płodowego.

Czym jednak jest poronienie z psychologicznego punktu widzenia? Wiem, że wiele kobiet, które doświadczyły tej trudnej sytuacji, omijało słowa „poronienie” i nie doszukiwałabym się w tym żadnych mechanizmów obronnych (wyparcia). Samo określenie „poronienie” nie niesie za sobą komponentu emocjonalnej utraty, z którą poronienie jest związane. Słowa „strata”, „utrata” są bardziej wyraziste, są bardziej odpowiednie w psychologicznym ujęciu.

Strata?

Starta z definicji oznacza utratę czegoś wartościowego. Kobiety bardzo różnie nazywają stratę embrionu, płodu, ciąży, dziecka. To dla nich w większym lub mniejszym stopniu utrata siebie, swoich marzeń, pragnień czy tęsknot. Oczywiście należy uszanować to, jak stratę tę określają rodzice i jaką nadają wartość temu wydarzeniu. Wydaje się, że bardzo istotną sprawą jest pozwolenie rodzicom nazywania tego trudnego doświadczenia na swój własny sposób. Nie ma tu miejsca na ocenianie czy wartościowanie, co jest bardziej odpowiednie. To rodzice wybierają nazwy, które im w konkretnej sytuacji pasują.

Jakkolwiek by jednak nie patrzeć na sytuację poronienia, to jest to utrata - niezaprzeczalnie i niezależnie od światopoglądu. To nagły koniec początku. Kiedy kobieta dowiaduje się o ciąży, o tym, że staje się mamą, towarzyszą jej różne uczucia. Może to być zaskoczenie, radość, złość , lęk, euforia. Uczucia jak w kalejdoskopie mogą przyjmować różne kształty i pędzić jak na rollercoasterze w gwałtownym tempie, by potem zwolnić prawie całkowicie.

Kiedy cały ten proces, niezależnie od czasu trwania ciąży zostanie nagle przerwany przez poronienie, kobieta niewątpliwie przeżywa szok i doświadcza rozmaitych skrajnych emocji. Wśród tych uczuć pojawia się poczucie winy, żal, tęsknota, ulga, złość, obojętność. Mogą one również przyjmować różne formy, a sposób ich przeżywania może przypominać jazdę na rollercoasterze, gdy ktoś nigdy nie chciał na niego wsiadać i panicznie się tego boi. Żałoba po utarcie dziecka (ciąży) jest procesem trudnym, szczególnie dla kobiety. Jest jednak również procesem potrzebnym, który konfrontuje nas z problemem życia i śmierci. Żałoba jest także procesem psychologicznym, ale przebiegającym niezależnie od naszej woli, czy chęci. Ma ona konkretne etapy, a osoby, których dotyka - mają prawo do przeżywania rozmaitych, nieprzyjemnych czy też bardziej przyjemnych uczuć. Chciałabym zaznaczyć, że wyznaczanie rodzicom ograniczonego czasu na proces żałoby utrudnia, a nie ułatwia, jej przeżywanie. Kobieta może wtedy zastanawiać się, czy np. powinna już przestać odczuwać ból i zacząć czuć złość. Niewątpliwe należy pozwolić, aby „doktor czas” leczył w tempie stosowanym dla tej osoby. Trzeba to po prostu uszanować.

Jak sobie radzić?

Kobiety mogą być zaskoczone tym, jak głębokich i trudnych emocji doświadczają i jak długo te uczucia trwają po utracie dziecka. Zwłaszcza wtedy, gdy ciąża nie była planowana. Pomóc może danie sobie prawa do całego kalejdoskopu uczuć i pozwolenie sobie na przejażdżkę tym nietypowym i niechcianym rollercoasterem, choć to pewnie niełatwe . Jak sobie poradzić, ulżyć w żałobie po utracie? Pewnie gdyby spytać kobiety, które ją przeżyły, mogłoby się okazać, że każda miała na to swój własny sposób. Nie chciałabym dawać dobrych rad, nie chciałabym też określać, co jest dobre w okresie żałoby po nienarodzonym dziecku. Spróbuję tylko pokazać, co może być pomocne.

Przede wszystkim możliwość osobistego pożegnania się z dzieckiem. Obecne prawo daje możliwość pochówku dzieci nienarodzonych, utraconych, niezależnie od tygodnia ciąży. Czasem rodzice o tym po prostu nie wiedzą, czasem brakuje im sił na załatwianie formalności. Pogrzeb daje rodzicom możliwość zareagowania na śmierć dziecka, a przy tym zaakceptowania faktu jego śmierci jako zaistniałego zdarzenia. Pomaga to także w personifikacji dziecka, wbrew przekonaniom, że „martwy płód” to nie osoba. We wszystkich kulturach istnieją rytuały, które pomagają zaakceptować takie istotne zdarzenie życiowe, jak śmierć kogoś bliskiego. Brak tych rytuałów w przypadku poronienia często pozbawia kobietę i rodzinę możliwości opłakiwania straty, czy uzyskania wsparcia od innych osób. Rytuały i obrzędy, które określają stratę, rozpoczynają proces żałoby i mogą mieć silne zadanie terapeutyczne. Takim osobistym rytuałem może być zapalanie świeczki, nadanie imienia, napisanie listu - symboliczne pożegnanie się z zmarłym dzieckiem i tym wszystkim co w sercu matki, ojca i innych bliskich zostało utracone.

Chciałabym też podkreślić, że dzielenie się swoim przeżyciami z bliskimi ma działanie terapeutyczne. Często kobiety, które przeżywają żałobę po starcie dziecka szukają grup wsparcia w wirtualnym świecie i to z pewnością jest potrzebne. Dobrze jednak, jeśli nie zastępuje to komunikacji z bliskimi, którzy są obok. Niewątpliwie przeżywanie obojga rodziców może się bardzo różnić, jednak to rozmowa, wspólne pamiętanie często przynosi ulgę, zbliża do siebie partnerów. Każdy jednak ma prawo przeżywać żałobę po swojemu i znaleźć sposoby według potrzeb, które ukoją ból - byle nie destrukcyjne.

W rozumieniu psychologicznym ważne wydaje się też, aby nie tłumić żałoby. Jeżeli proces żałoby nie został stłumiony, przeżyte wspomnienia są krótsze i nie tak bardzo przytłaczające. Nie ma jednakowej długiej liny do przeżywania utraty nienarodzonego dziecka, nie wiadomo ile jeszcze centymetrów, czy metrów komu zostało. Ważne, aby nie przyśpieszać, nie zmuszać się. Z czasem przychodzi taki moment przeżywania, że można ze spokojem spojrzeć wstecz. Nie znaczy to, że można całkowicie zapomnieć, uciąć linę. Myślę, że rodzice którzy doświadczyli śmierci swojego nienarodzonego dziecka rozumieją najlepiej, że smutek utraty ciągnie się przez dalsze życie. Może nie jest to lina a cienka niteczka ale... jest. Z czasem można być znów szczęśliwym, co nie jest sprzeczne z pamięcią o tych, których już nie ma.

Można sobie radzić po starcie. Ten nagły koniec początku może być nowym początkiem. Oczywiście nie od razu. Los rodziców, którym zmarły dzieci nienarodzone pokazuje, że można sobie poradzić, być szczęśliwym. Sama myśl o tym może dawać nadzieję, która jest tak potrzebna w odnalezieniu się na nowo.

Komentarze użytkowników