Jak zareagował pracodawca na wiadomość o urlopie ojcowskim?
W ogóle nie zareagował. Coś odburknął wymijająco, ale swoją postawą zdawał się mówić "co to w ogóle za bzdury?!"
Rozmowa się nie kleiła?
Zupełnie. Sam zamknąłem szybko temat i po prostu złożyłem w dziale kadr wniosek o urlop przysługujący ojcu (tacierzyńskie) tak, jak wymaga tego kodeks pracy. Całkiem bez komentarza. We wniosku podałem maksymalny czas urlopu na jaki pozwala Kodeks Pracy, o ile dobrze pamiętam - 3 lata. Jak wiadomo, pracownik może w każdej chwili taki urlop przerwać, musi tylko na 30 dni przed tym faktem poinformować pracodawcę o swoim powrocie. Jak się po paru tygodniach urlopu okazało na moje miejsce gotowy był już kandydat i szczegółowy plan pracodawcy, żeby mnie nim zastąpić. Po roku stwierdziłem, że całe to zamieszanie z urlopem wychowawczym to czysta fikcja (nie dostawałem ani złotówki ani od pracodawcy, ani od Państwa) i zgłosiłem się do pracodawcy z informacją, że chcę zakończyć urlop i wrócić na stanowisko. Jak tylko pojawiłem się w pracy na biurku leżało wypowiedzenie i zaproszenie do działu kadr po papiery. Po paru minutach byłem już "za bramą". Chyba pracodawca nie wyobrażał sobie, że któryś z jego pracowników może tak po prostu na własne życzenie parę lat nie chodzić do pracy z jakiegoś dziwnego powodu.
Czy trudno było Panu się przestawić z trybu pracy na opiekę nad dziećmi?
Przestawić się to chyba nie jest problem. Większym wyzwaniem jest raczej wytrzymać te parę lat, które chcemy spędzić z dzieckiem.
Było ciężko?
Z jednej strony lubię wyzwania i była to bardzo ciekawa zamiana. Duża ilość pracy raczej mnie motywuje niż przeraża. Poza tym zawsze lubiłem przebywać z dziećmi. Z drugiej strony takie przestawienie to nie sprawa dnia czy tygodnia, tylko proces który trwa tak długo, jak długo przebywa się z dzieckiem. Jeżeli pewnego dnia zauważasz, że już sobie ze wszystkim radzisz i jesteś doskonale zorganizowany, to i tak następnego dnia wszystko będzie inaczej. Dziecko rośnie, rozwija się i codziennie jest o krok dalej. Albo o czterdzieści kroków. Wczorajsze zabawy dzisiaj już są nudne. Są też monotonne elementy wychowania jak przewijanie, karmienie czy usypianie, które trwa latami i zawsze jest takie samo. To może niejednego znudzić. A przecież codziennie trzeba jeszcze ugotować, posprzątać, wyprać itp. Chyba najważniejsze jest widzieć w przyziemnych sprawach długoterminowy cel, jakim jest pomoc dziecku w stworzeniu jego własnego świata i jego własnego dorosłego z czasem życia. Wtedy codzienne sprawy są przyjemne.
A co sprawia Panu największą radość w tych codziennych, przyziemnych obowiązkach?
Obserwowanie jak rozwija się młody człowiek i świadomość, że mam w tym swój udział i mogę pomóc. Mam na myśli obserwowanie przez cały czas, nie tylko kiedy bawimy się w "zabawę edukacyjną" i oczekujemy że dwuletnie dziecko nagle powie " tak, tak już rozumiem!". Mam na myśli np. sytuację kiedy odkurzam (wolałbym, żeby zrobił to ktoś za mnie), a mały obserwator podpatruje i potem próbuje powtarzać. Naśladuje dbałość o szczegóły, naśladuje podejście do obowiązku, smutne i katorżnicze, albo wesołe i taneczne. Naśladuje wszystko, co jest w stanie zauważyć, a jak wiadomo dzieci widzą znacznie więcej niż się dorosłym wydaje. Dla mnie to tak fascynujący proces, że mogę przyglądać mu się godzinami, a jeżeli jeszcze mogę równocześnie w nim uczestniczyć, to jest to dla mnie pełnia szczęścia.
Jak udaje się Panu ogarniać wszystkie obowiązki?
Nie udaje się! Są rzeczy, które trzeba w ciągu dnia zrobić i takie, które w razie braku czasu mogą poczekać. Wiadomo, że bez jedzenia dziecka zostawić nie można, ale długość spaceru czy ilość przeczytanych bajek już może zależeć od tego, jak w ciągu dnia ułożą sięsprawy. Generalnie zawsze jest jeszcze coś do zrobienia i w pojedynkę chyba nie jest możliwe, żeby dopilnować jednocześnie czystości mieszkania, spacerów, jedzenia, higieny, nauki dziecka, zabawy ... Trochę zazdroszczę rodzicom, którzy mogą zatrudnić pomoc albo mają "dziadków na chodzie". Z drugiej strony, jeżeli zajmujesz się domem, to dziecko pomagając, a nawet tylko przyglądając się też się uczy i rozwija.
Czy ma Pan czas na rozrywkę i spotkania ze znajomymi?
Nie mam. Dziadkowie mieszkają daleko i najczęściej nie ma z kim zostawić dziecka. Poza tym od momentu urodzenia nagle zmienia się grupa znajomych. Z tymi, którzy nie mają dzieci nie znajdujemy już wspólnych tematów. My każdą myśl kierujemy w stronę dzieci, a oni nie rozumieją, o co tyle zamieszania i dlaczego nie można rozmawiać chociaż przez chwilę o czymś innym. Ci, którzy mają dzieci, nawet w tym samym wieku, też są zajęci. Najczęściej znajomości ograniczają się do osób, które w tym samym czasie i miejscu spacerują z wózkami. Oczywiście im dziecko starsze, tym bliżej "powrotu do normalności", ale u nas nastąpi to chyba dopiero w wieku przedszkolnym.
Jak reagują znajomi na to, że mężczyzna opiekuje się dziećmi? Czy nadal pokutuje schemat, że obowiązki te przypisane są wyłącznie kobiecie?
Znajomych jest coraz mniej albo, inaczej mówiąc, z większością ze znajomych dawno się nie widziałem, więc nie wiem jak reagują. Ludzie, których spotykam np. na spacerach zachowują się różnie. Ci, którzy są w takiej samej sytuacji - najczęściej kobiety - nie widzą różnicy, bo patrzą na świat przez pryzmat własnego dziecka. Ci, którzy patrzą z boku, przejawiają całą gamę różnych, czasem śmiesznych zachowań. Kolega, który ma roczna córkę, ale całe dnie spędza w pracy - jest właścicielem firmy, powiedział mi podczas rozmowy na pewien temat: "Ty możesz się sprawą zająć, bo masz teraz bardzo dużo czasu". Totalne niezrozumienie! Jego dzieckiem zajmuje się żona z siostrą i na zmianę wszyscy dziadkowie. On przychodzi po pracy do domu na gotowy obiadek i zabawę z wykąpaną, nakarmioną i przebraną córką. Inny przykład: wchodzę do prywatnego punktu opieki nad dziećmi na godzinne zajęcia z psychologiem dziecięcym dla rodziców, po których jest w planie kolejna godzina hasania z dziećmi po całym obiekcie i ... zostaję delikatnie aczkolwiek bardzo stanowczo wyrzucony przez recepcjonistkę - właścicielkę, bo spotkanie jest zorganizowane w ramach "Klubiku mam" a "Klubik mam" jest dla ... mam. Ta pani zupełnie nie rozumiała, dlaczego chcemy z dzieckiem wziąć udział w zajęciach.
Pokutują stereotypy.
Schematów pokutuje całe mnóstwo. Można opowiadać godzinami. Na szczęście jest też bardzo wiele pozytywnych przykładów. Ja się już do schematów przyzwyczaiłem i nawet z nimi nie walczę. Już nic nie jest w stanie mnie zadziwić: ani feminizm mężczyzn, którzy robią to samo, z czym przed chwilą walczyli lub co wyśmiewali, ani skuteczność traumatycznych zachowań matek, które zdają się nie widzieć, że to ich własnym dzieciom kształtują życie i osobowość. Schematy schematami, a my robimy swoje. Wchodząc w jakikolwiek schemat uczymy dziecko na własnym przykładzie sztywnego myślenia. Lepiej być kreatywnym, elastycznym, albo po prostu wyrozumiałym.
Czy myśli Pan o powrocie do pracy?
Myślę o powrocie do zarabiania pieniędzy. Do pracy w takiej formie, jak przed urlopem - oby nie. Jestem już ponad 2 lata pełnoetatowym tatą i chętnie zostanę w branży dziecięcej. Zacząłem studia pedagogiczne, zgłębiam temat "edukacji domowej". Uczę dzieci czytać i liczyć i robimy mnóstwo innych ciekawych rzeczy. Wiem z praktyki, jak wiele jest do zrobienia we wszystkich tematach związanych z dziećmi. Z drugiej strony chętnie zostałbym "kurą domową" do 6. roku życia albo nawet do wyjścia ostatniego dziecka z domu. Z kolei to już trzeci rok, jak mamy tylko jedną pensję w rodzinie i już dawno nie ma zapasów finansowych i coś trzeba z tym zrobić. Najfajniej byłoby powiązać pracę zawodową z dziećmi. Właśnie stąd pomysł na studia pedagogiczne, może jakąś pracę naukową i na warsztaty dla rodziców (www.zabawnanauka.pl) połączone z konsultacjami.
Obawia się Pan trudności powrotnego wdrożenia się w atmosferę pracy poza domem?
Obawiam się raczej tego, że będzie zbyt nudno. Byłem już w życiu "topmanagerem" w korporacji międzynarodowej i zapewniam, że takiego skutecznego zarządzania, jak przy zajmowaniu się dzieckiem, nie wymaga żadna branża i żadna sytuacja. No, może poza niespodziewanymi katastrofami, takimi jak trzęsienie ziemi w centrum dużego miasta czy silny huragan (chociaż jedno i drugie można przewidzieć, a zachowań dziecka często nie). Oczywiście, tylko jeżeli zależy nam na rozwoju dziecka i chcemy dać mu jak najwięcej z siebie i ze świata, bo jeżeli chcemy mieć święty spokój, to wystarczy zastraszyć dziecko krzykiem i klapsem i będzie cicho siedziało w kącie i samo się bawiło nie przeszkadzając rodzicom, którzy mają na głowie ważniejsze sprawy. Tylko, że może to spowodować kłopoty trwające całe życie i na pewno takiemu dziecku trudniej będzie osiągnąć w dorosłym życiu pełnię własnych możliwości, a co za tym idzie prawdziwe szczęście. Ja wolę dziecko "sprawiające trudności", które zmusza mnie codziennie, żebym też się z nim rozwijał.
Będzie Pan tęsknił za dziećmi?
No właśnie. Już tęsknię! Jak tylko sobie pomyślę, że będę musiał spędzać większość czasu zawodowego z maszynami, produktami albo systemami (jestem z wykształcenia również inżynierem), to przestaje mi się chcieć pracować albo nawet robić cokolwiek. Uwielbiam pracować z dziećmi, a ostatnie dwa lata przekonały mnie, że to chyba jest najwłaściwszy kierunek w moim życiu. Mam nadzieję, że nie będę musiał tęsknić za dziećmi i że będzie ich dużo dookoła, nawet jak wrócę do pracy.
Czy nie żałuje Pan przejścia na urlop?
Pewnie, że nie! Chętnie powtórzę go jeszcze raz! Jest tylko jeden minus, przynajmniej w takim kraju jak Polska - dochody, a raczej ich brak, przy jednoczesnym zwiększeniu kosztów życia. Proszę sobie wyobrazić nagłe zniknięcie połowy pensji przy jednoczesnym zwiększeniu wydatków. Nawet w Rumunii przyznawana jest przez Państwo pewna kwota dla opiekujących się dziećmi! A Rumunia nie jest przez nas uznawana za wzór państwa prorodzinnego. Jest natomiast tyle plusów urlopu tacierzyńskiego, że bilans i tak jest zawsze dodatni. Niczego nie żałuję. Wprost przeciwnie!
Rozmawiała Magdalena Połowińczak