Plany i ich realizacja
Zaliczam się do grona szczęśliwych mężatek. Żoną jestem co prawda dopiero od roku, ale z moim lubym od wielu lat tworzymy udany związek. Przed ślubem miewałam przebłyski, aby zostać mamą, jednak po chwili zastanowienia dochodziłam do wniosku, że wszystko po kolei. Chciałam skończyć studia i wykorzystać czas póki jestem „singlem”. Im bardziej zbliżała się data ślubu, tym częściej rozmawialiśmy o dzieciach. Jednak biorąc pod uwagę ilu naszym znajomym się nie udawało zajść w ciążę, starałam się do tego podchodzić z dużym dystansem. Zaraz po ślubie podjęliśmy starania, ale ze spokojem, żadnego spinania się. Zakładałam, że trochę to potrwa zanim dojdzie do zapłodnienia, a tu niespodzianka - za pierwszym razem się udało. Byliśmy tak szczęśliwi, że nawet nie potrafiliśmy myśleć o wszelkich zagrożeniach występujących w pierwszym trymestrze.
Dwa plus jeden
Ciążę przeszłam bez większych problemów, maluch rozwijał się prawidłowo, zgodnie z "podręcznikiem". Zanim zaszłam w ciążę nie myślałam jak to będzie być matką, jedyne co wiedziałam to to, że postaram się dać swojemu dziecku wszystko co najlepsze. Od czasu kiedy zaszłam w ciążę zaczęłam dużo czytać o zdrowym odżywianiu się, rozwoju płodu oraz tym co nastąpi po rozwiązaniu. Dopiero wtedy dowiedziałam się, że żaden, nawet najlepszy sztuczny pokarm, nawet po części nie może być porównywany do pokarmu matki. Jedyne ich wspólny cel to wypełnienie żołądka dziecka. Skoro pokarm, który (za darmo!) mogę wyprodukować dla mojej pociechy niesie dla niego same korzyści, dlaczego miałabym się zastanawiać czy mu go podawać - odpowiedź była jednoznaczna.
Zderzenie z rzeczywistością
Pierwsze przystawienie do piersi było dla mnie całkowicie przyjemne, gdyż mały possał przez minutę i zaraz poszedł spać. Spał przez prawie 2 doby pobytu w szpitalu. Kiedy jego waga urodzeniowa zaczęła drastycznie spadać, lekarze kazali mi małego wybudzać i zmuszać do karmienia. Niestety okazało się, że mój maluszek miał poważny problem z przyssaniem się do piersi, dlatego w szpitalu podano mu sztuczny pokarm w butelce (z którą nie miał takiego problemu). Pierwszy tydzień w domu to była istna gehenna, praktycznie każde przystawienie do piersi kończyło się moim płaczem, gdyż mały nie umiał się przyssać, co powodowało u niego płacz ze złości, no i przede wszystkim z głodu. Nie umiałam sobie z tym poradzić. Bałam się, że moje brodawki są za małe i dlatego ciężko mu je złapać. Kiedy się już nauczył "jedzenia" okazało się, że bardzo to lubi i chce dużo jeść. Apetyt mu dopisywał, w ciągu dnia jadał co 1-2h, a w nocy co 3-3,5h. Pod koniec 2. tygodnia życia mały dostał super apetytu. Wołał o pierś co 15-30 min i ssał ok. 10-20 min. Z mężem zaczęliśmy się poważanie obawiać czy mam wystarczającą ilość pokarmu. Próbowałam odciągać pokarm laktatorem, ale niestety z dwóch piersi "wychodziło" ok. 20 ml mleka. To dało nam sygnał, że coś jest nie tak. Pojechaliśmy do pediatry i ku naszemu zaskoczeniu, mały przybierał jeszcze lepiej niż przy pierwszej wizycie. Dopiero wtedy się uspokoiłam. Tak częste przystawianie do piersi spowodowało, że pokarm nie nadążał się wyprodukować. Od tamtego czasu nie mam z tym problemu, chyba że w drugą stronę, zmniejszony teraz apetyt dziecka powoduje, że znaczna część pokarmu ląduje w zlewie.
Karmienie na żądanie? Tak!
Z lektur dowiedziałam się, że nie jest już polecane karmienie na żądanie, że należy dziecku wyznaczać pory do karmienia. Niestety to mi się nie udało. Płacz dziecka powodował, że nie potrafiłam mu odmówić, dlatego dostaje jeść wtedy kiedy jest głodny. Słyszałam głosy, że mały jest przejedzony, ale w to wątpię. Teraz gdy ma 6 tygodni woła o jedzenie średnio co 2-3h w ciągu dnia, a w nocy potrafi spać nawet 5h ciągiem.
W związku z tym, że mam bardzo dużo pokarmu, niestety mały nie jest w stanie go przejeść. Na jeden raz nie opróżni mi nawet jednej piersi, gdzie pomiędzy jednym a drugi karmieniem w drugiej mam już nawał mleka. Wiem, że ściąganie pokarmu laktatorem powoduje jego coraz większe nachodzenie, jednak nie mogę nie ściągać, gdyż piersi by mi eksplodowały. Czasami, gdy nie mam możliwości odciągnięcia mleka, czuję przepełnienie w piersiach. Ból ten mogę porównać do drętwienia. Piersi są wtedy bardzo wrażliwe na wszelki dotyk, a brodawki bardzo czułe, nawet przystawienie małego sprawia mi ból. Niestety nie raz mi się zdarzyło, że pokarm mi się "przelał" pozostawiając mokre plamy na odzieży, pomimo, że używam wkładek laktacyjnych. Jest to dość krępujące, być wśród ludzi z zaciekami na bluzce, jednak myślę, że ludzie są w stanie to zrozumieć, przynajmniej na chwilę obecną nie spotkałam się z jakimś brakiem wyrozumiałości.
Karmienie poza domem
Przed każdym wyjściem z domu karmię małego, daje mi to pewność, że w przeciągu najbliższych 2h nie będzie wymagał karmienia. Jednak czasami dojazd do centrum handlowego zajmuje nam ok. 40 min i na zakupy zostało by już niewiele czasu, więc w samochodzie go dokarmiam. Nie odważyłabym się na karmienie dziecka na ławce w parku czy łazience w sklepie. Uważam, że jest to dość intymna czynność (dla mnie) i wymagająca spokoju, skupienia i ciszy (dla dziecka).
Widząc ile pożytku niesie karmienie piersią dla mojego synusia, ile radości i satysfakcji niesie mi jako matce, planuję karmić minimum do końca pierwszego półrocza. Jeśli będę miała pokarm i nie wrócę do pracy będę karmiła dłużej. Plusy dla dziecka - samo zdrowie, plusy dla nas - zawsze ciepłe, zdrowe pożywienie i w dodatku za darmo.