„Będę karmiła piersią” - to stwierdzenie było dla mnie takie oczywiste, kiedy byłam w ciąży. Wszyscy dookoła mówili, jakie to jest ważne dla dziecka, dla jego zdrowia, a przecież wiadomo, że rodzic chce dla dziecka jak najlepiej. W szkole rodzenia było trochę teorii o tym, kiedy i ile się karmi, bez omawiania laktacyjnych problemów. Gdy urodziłam dziecko poznałam tę drugą stronę medalu… właśnie owe problemy.
„Będzie pokarm”
Miałam cesarkę. Nikt nie uprzedził mnie, że przez podane znieczulenie będą problemy z laktacją. Na oddziale pooperacyjnym, gdy nie mogłam wstać, dziecko do piersi przystawiała położna, ale dokarmiała też dziecko sztucznym mlekiem. Myślałam, że tak trzeba. Na drugi dzień już musiałam radzić sobie sama. Karmienie na leżąco odbiegało od teorii ze szkoły rodzenia. Już nie było nikogo, kto by pomógł, pokazał co i jak. Było dużo stresu. Nie wiedziałam czy dziecko je czy nie… Podawałam więc też sztuczne mleko. W podobnej sytuacji były inne pierworódki spotkane na tej samej sali, na korytarzu… Zagubione, zahukane, zazdrosne, że inne mogą a ja?... Kobieta - matka od kilku godzin - czuje się w takiej sytuacji fatalnie, jakby nie była mamą w pełnym tego słowa znaczeniu… Może powinnyśmy żądać od personelu szpitala pomocy, instrukcji? Może… Ale czy w sytuacji, gdy każdy szpital trąbi jakie karmienie piersią jest ważne, to my powinniśmy żądać, czy raczej personel powinien oferować pomoc? W szpitalu szukałam kontaktu z panią z poradni laktacyjnej. Trwało to dwa dni, aż udało się. Podniosła mi koszulę, dotknęła piersi i oznajmiła: „będzie pokarm” i koniec… Czekałam aż przyjdzie na sale, pokaże, co i jak, ale nie pojawiła się. Karmienie piersią, ta oczywista oczywistość z czasu ciąży, zaczęło mnie przerażać i przerastać. Stres, nieodpowiedni sposób karmienia, wszystko to powodowało, że pokarmu miałam za mało.
Butla z konieczności, nie z wyboru
W domu było równie trudno. Wieczna niepewność. Internet był kopalną wiedzy, ale to marny nauczyciel i doradca. Kupiłam laktator. To dopiero był koszmar! Ból i wieczne niewyspanie. Ściągnięcie pokarmu trwało 40 min i zamiast spać, gdy syn spał, ja „walczyłam” z laktatorem… Gdy skończyłam i „coś tam” zrobiłam, on się budził. Koszmar! A pokarmu jak na lekarstwo, nie chciało być więcej. Znów stres, presja. Piłam herbatki, piwo Karmi, wszystko o czym wyczytałam… I co ciekawe, gdy położna lub pediatra pytali czy karmię i odpowiadałam, że w zasadzie dokarmiam, bo pokarmu jest za mało, dawali mi do zrozumienia, że to moje „widzimisię”, że po prostu chcę karmić sztucznym mlekiem…
Poddałam się. Postanowiłam działać po swojemu. Przystawiałam dziecko do piersi, żeby czuło bliskość, żebyśmy się trochę potulili, i karmiłam butlą, bo widziałam, że dziecko jest głodne.
Karmienie butlą utrudnia życie. Na przykład jest kłopotliwe, gdy gdzieś się wychodzi. Trzeba mieć dostęp do wrzątku, wygotowane butle, po za tym kilkutygodniowemu dziecku nie da się wytłumaczyć, że musi poczekać chwilę, bo trzeba zagotować wodę, zrobić mleko i je wystudzić… A płacz dziecka, bo jest głodne, jest straszny… W takich sytuacjach z zazdrością patrzyłam na mamy karmiące piersią.
Dokarmiałam synka 5 miesięcy, dziecko rozwija się i rośnie zajadając sztuczne mleko (teraz je już obiadki, owoce itp.) Rośnie i – odpukać - nie choruje. Dziś żałuję, że dawałam się wpędzić w taki ślepy zaułek, że czując presje na siłę próbowałam uszczęśliwić... no właśnie kogo? Chyba świat... Bo ja byłam umęczona, a dziecko to wszystko czuło... A bliskość? Można ja okazywać, "dawać" inaczej. Myślę, że mój syn na jej brak nie może narzekać.