Okres ciąży dłużył mi się niemiłosiernie. Miałam dość nadwagi, spuchniętych nóg, conocnych skurczów łydek. Ostatnie 3 miesiące wspominam jak koszmar. Byłam tak gruba, że wszyscy gratulowali mi bliźniaczej ciąży! Byłam tak spuchnięta na twarzy, że wszyscy mówili, że na pewno urodzę dziewczynkę (bo przecież dziewczynka odbiera urodę!!!). Byłam tak zmęczona i obolała, że wszyscy mówili, że urodzę dużo wcześniej.
A ja...
Urodziłam dwa tygodnie po terminie...jednego...chłopca.
Oczywiście najpiękniejszego, najkochańszego, najcudowniejszego na świecie. Na pewno zabrzmi to banalnie, ale nigdy nie myślałam, że można kogoś kochać tak bezgraniczną miłością. Bo miłości mamy do dziecka nie można do niczego przyrównać.
Po porodzie...
Mieszkaliśmy we trójkę u rodziców. Mama bardzo mi pomagała – prała, gotowała i sprzątała. Ja opiekowałam się tylko Perłem – karmiłam piersią przewijałam, kąpałam, przytulałam, całowałam, tarmosiłam, a w nocy...spałam z nosem przy jego nosie, żeby mieć pewność, że oddycha! Po 6 tygodniach przeprowadziliśmy się do naszego własnego lokum. Mój mąż od razu włożył Perła do łóżeczka, bo przecież łóżeczko jest od tego, żeby dziecko w nim spało. Naprawdę? A ja myślałam, że beze mnie nie da sobie rady, bo przecież tyle się słyszy o śmierci łóżeczkowej, że dziecko nakryje się kocykiem i się udusi, albo przekręci się na brzuch i zatka sobie nos i dopływ powietrza i to z pewnością już w drugim miesiącu życia!. Ostatecznie, zgodziłam się, żeby łóżeczko stało przy mojej głowie, a ja będę w ten sposób sprawdzać, czy Mały oddycha. Co noc, przez kilka miesięcy, trzymałam go cały czas za rękę, a każdy głośniejszy oddech natychmiast wyrywał mnie z łóżka. Ręka często mi drętwiała, ale twardo obstawałam przy swoim. Mimo, że byłam wykończona, czułam, że jako matka tak właśnie powinnam postępować. Tak mi podpowiadał instynkt. I można mnie krytykować za przewrażliwienie, bo słowo przewrażliwienie słyszałam tyle razy, że już sama o sobie zaczęłam mówić, że jestem przewrażliwiona. Jak teraz chcę, żeby teściowa założyła mu czapeczkę, to mówię: „Przepraszam, wiem że jestem przewrażliwiona, ale proszę przy wyjściu na spacer ubrać mu czapeczkę” itp. Teraz z perspektywy czasu myślę, że trochę przesadzałam... Jednak z drugiej strony uważam, że lepiej być już przewrażliwioną, niż czegoś nie dopilnować.
Kolejne miesiące...
Kolejne miesiące to czas, kiedy dochodziłam do siebie i maksymalnie poświęciłam się mojemu dziecku (do 11 miesiąca życia włącznie). Chociaż strasznie nie lubię słowa poświęcenie. No bo jak to rozumieć? Poświęcenie dla własnego dziecka? Nie. Oddanie, miłość, opieka czułość. Tak. To wszystko dawałam i daję i tak będę to nazywać.
W tym czasie nie pracowałam i opiekowałam się synkiem. Myślałam: „nie pracuję, siedzę w domu, mam czas, mam tylko jedno dziecko, mąż jak może mi pomaga itd.” Tylko, że to nie były słowa innych, tylko moje własne. I cieszyłam się, że jestem z dzieckiem w domu i mogę patrzeć, jak cudownie się rozwija. Z drugiej strony, zazdrościłam, gdzieś „tam w środku”, że inne mamy ładnie się ubierają się, malują i idą do pracy, na fitness lub spotykają się z koleżankami. A ja, cały czas karmiłam piersią, marzyłam o wbiciu się w ulubione jeansy i stanik z miseczką B (bo to całe D wychodziło mi bokiem – dosłownie i w przenośni). A co najgorsze, im dłużej siedziałam w domu, tym coraz bardziej bałam się wychodzić „do ludzi”. Miałam wrażenie, że potrafię rozmawiać tylko o papkach, kupkach i ubrankach dziecięcych. Nie mogłam uwierzyć, że tak bardzo się zmieniłam. Byłam szczęśliwą mamą, ale czegoś mi brakowało. Niby słyszałam, że powinnam z mężem gdzieś wyjść, spotkać się z przyjaciółmi, kupić sobie nowy ciuch...Ale nikt mi nie oferował pomocy przy dziecku na wieczorne wyjście, a ja sama czułam, że każda fałda na ciele będzie pod obstrzałem spojrzeń innych ludzi.
Zmęczenie...
Okres niemowlęcy i czas karmienia piersią, to czas wstawania o 5.15 (Pereł budził się jak w zegarku). Do 9.00 miałam przygotowane wszystko do obiadu, wszystko posprzątane, wyprane, wyprasowane i ...czekałam na koniec dnia. W nocy wstawałam na karmienie, masowanie plecków przy kolce i utulenie tyle razy, że o 19 myślałam, ze się przewrócę. Czekałam na zmiany...
Zmiany...
Pereł zaczął przesypiać całe noce po 10 miesiącu życia. Zaczęłam urozmaicać jego dietę. Lubię gotować i wszystko, co przygotowuję dla moich chłopaków sprawia mi radość. Wyspana, 25 kg lżejsza zaczęłam odczuwać uroki macierzyństwa. Trochę późno...Spacery, zakupy, zabawy zaczęły mnie cieszyć, przestały być obowiązkiem.
Co bym zmieniła, gdybym mogła cofnąć czas?
Nastawienie... Dziecko czuje, kiedy mama jest zmęczona, a kiedy uśmiechnięta, kiedy ma energię na zabawę, a kiedy jej nie ma. W tamtym czasie brakowało mi nawet siły na czytanie książek. Miałam pokupowane jakieś gazetki dla mam o dzieciach, które tylko przeglądałam, bez czytania tekstu. Czekałam na pomoc, ale o nią nie prosiłam. Wszystko chciałam sama, sama, żeby inni wiedzieli, że daję sobie radę i jestem dobrą mamą. A przecież dobra mama, to szczęśliwa mama...
Teraz...
Pereł (5,5 roku): „Mamo, jak bardzo mnie kochasz?”
Ja: „Kocham Cię tak, jak gorące jest Słońce, jak wysoka jest góra Kilimandżaro i jak głęboki jest Ocean Spokojny. A Ty jak bardzo mnie kochasz?”
Pereł: „Kocham Cię tak bardzo, że mi zaraz pęknie serduszko.”