Agnieszka Zimmermann: Niedawno obchodziliśmy Dzień Ojca – od niedawna to także pana święto.
Marek Michalski: Ciągle nie mogę się do tego przyzwyczaić. Na początku upajałem się samym mówieniem o sobie per „tata”: „tata zrobi to”, „tata przyniesie tamto”. Ciekawe kiedy „tata” zmieni się na „ojciec” a kwestie zaczną brzmieć „ojciec zaraz się weźmie za twoje wychowanie, bezczelna...” (śmiech).
Gdyby nie metoda in vitro nie miałby pan dwóch ślicznych córek.
Dziękuję, mnie się też bardzo podobają (śmiech). Tak na poważnie - do protokołu in vitro podchodziliśmy w samym środku polityczno-medialnego zamieszania. O dziecko staraliśmy się od kilku lat i w pewnym momencie zostało nam już tylko zapłodnienie pozaustrojowe. Nie mieliśmy rozterek etycznych, ponieważ się dokształciliśmy i mieliśmy sporą wiedzę na temat in vitro, wiedzę, której niestety brakuje większości osób występujących przeciw tej metodzie leczenia bezpłodności. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie jestem bezkrytycznym zwolennikiem in vitro. Działania niektórych klinik i lekarzy są, powiedzmy, dyskusyjne. Kiedy jednak słyszę publicznie wypowiadane bzdury o rzekomym mordowaniu zarodków w łonie matki, to ręce opadają.
Jak mężczyzna podchodzi do sprawy in vitro?
Sama metoda nie jest problemem. Problemem jest „pozyskanie materiału”. Obojętnie czy mówimy o zapłodnieniu pozaustrojowym, inseminacji czy o badaniu nasienia. Tabu związane z masturbacją jest dla niektórych nie do przeskoczenia.
A jeśli chodzi o samo poczęcie?
Ja nie widzę różnicy. Nie, przepraszam, jest jedna: my dokładnie wiemy, którego dnia i o której minucie wypić kieliszek wina za zdrowie naszych pociech i naszego doktora Frankensteina, który rozniecił te „iskry życia”.
Właśnie - Doktor Frankenstein – to do jego postaci nawiązuje tytuł pana bloga. Skąd taki pomysł?
To nie mój pomysł! To biskupa Tadeusza Pieronka, który tak nazwał dzieci narodzone dzięki tej metodzie. Jestem mu za to cholernie wdzięczny, bo to właśnie ta wypowiedź pchnęła mnie do pisania. Miałem dosyć wysłuchiwania bzdur i obrzucania nas błotem. Postanowiłem sam zabrać głos. Tym bardziej, że miałem już taki fajny tytuł... (śmiech).
Jak ocenia pan toczące się dyskusje na temat in vitro?
Rozmowy o tej metodzie są żenująco cyniczne i głupie. Mam na myśli głównie polityków, bo to ich głosy najgłośniej słychać. Na szczęście jest kilku mądrych i rozsądnych ludzi, którzy czasem się odzywają. Mam wrażenie, że teraz, kiedy emocje opadły, dyskusja zaczyna być bardziej rzeczowa. W dobrym kierunku idą prace nad ustawą i ratyfikacją Konwencji Bioetycznej.
Nasz kraj boryka się z ujemnym przyrostem naturalnym. Coraz więcej par nie może mieć dzieci. Mimo to cały czas blokowana jest choćby częściowa refundacja metody in vitro.
Rozumiem tych, którzy powołują się na kwestie etyczne. Mogę się z nimi nie zgadzać, ale szanuję ich racje. Wkurza mnie natomiast żonglowanie argumentami ekonomicznymi. Już dawno wyliczono, że refundacja in vitro się państwu opłaca. Takie dziecko kiedyś pójdzie do pracy, będzie płacić podatki itd. Tyle, że to perspektywa trochę dłuższa niż „do następnych wyborów”. Tymczasem nasi politycy mają właśnie taki horyzont zdarzeń.
Mieli państwo jakieś wątpliwości, rozterki?
Był taki moment,że pomyślałem sobie - „mam dość, jak się nie uda to adopcja”. Byłem już strasznie zmęczony tą huśtawką emocjonalną. Podczas naszych kilkuletnich starań, praktycznie co miesiąc pojawiała się nadzieja - bo nowe leki, nowa terapia, kolejna inseminacja. Potem wpadaliśmy w czarną dziurę. Jest więc sporo czasu, by oswoić się z myślą o adopcji. Tyle,że procedura adopcyjna też trochę trwa, a latka lecą.
Jakie przeżycia towarzyszą mężczyźnie przy zapłodnieniu in vitro?
Potężny stres. Tym bardziej, że on się kumuluje. In vitro, to najczęściej koniec długiej drogi, wieloletnich starań. Według psychologów poziom stresu u ludzi bezskutecznie starających się o potomstwo można porównać z tym, jaki przechodzą pacjenci oddziałów onkologicznych. Lekko nie jest. Tym bardziej, że podczas trwającego 2 tygodnie protokołu, kobieta otrzymuje potężną dawkę hormonów i facet naprawdę ma co potem „przyjmować na klatę”. W naszym przypadku stres był tym większy, że wiedzieliśmy, iż stać nas tylko na jedno podejście. Sukces przy pierwszym zabiegu wcale nie jest częsty.
Ile kosztuje jedna próba?
Rozpiętość jest spora, ponieważ koszt jest w dużej mierze uzależniony od tego, jakich trzeba użyć leków. Najczęściej trzeba wydać około 10-12 tysięcy. Znam przypadki ludzi, którzy sprzedawali mieszkania, aby mieć środki na kolejne podejścia.
Państwa dzieci dowiedzą się, że zostały poczęte metoda in vitro?
Jak przyjdą i zapytają skąd się biorą dzieci to będę miał stosunkowo łatwo: „pan doktor wziął trochę od mamusi, trochę od tatusia, położył na szkiełku...”. Uniknę zatem trudnych tłumaczeń (śmiech). Swoją drogą to dziwią mnie takie pytania, bo to trochę tak, jakby ktoś pytał „czy powiecie dzieciom, że zostały poczęte na stole czy lodówce” (śmiech).
Marek Michalski - 39 lat, z wykształcenia plastyk, od kilkunastu lat dziennikarz radiowy, miłośnik windsurfingu, psich sportów zaprzęgowych, dobrego kina i ostrej muzyki, a także początkujący piwowar domowy.
Rozmawiała: Agnieszka Zimmermann