A A A

Emocje przy adopcji

data dodania: 10.12.2010

Informacje
Autor: Grzegorz N.
Data dodania: 10.12.2010

Tagi: adopcja, rodzina zastępcza, starania o dziecko, problemy z poczęciem, problemy z poczęciem, bezpłodność, niepłodność

To będzie chyba najtrudniejszy artykuł do napisania, wchodzę na grząski teren emocji, uczuć, nastrojów... I piszę go tylko dlatego, że mam nadzieję, że przeczyta go ktoś, kto jest teraz na podobnym etapie jak ja wtedy i moje rozmyślania pomogą mu uporać się z własnymi myślami, emocjami, że uda się je choć trochę okiełznać.

Zobacz galerię

Dyskusje w grupach:
ostatnie wpisy w grupach

zobacz inne grupy...

Chcę napisać co nieco o emocjach, które mi towarzyszyły wtedy, gdy zacząłem myśleć o adopcji.

Ale muszę cofnąć się w czasie jeszcze dalej, bo w moim przypadku myśl o przysposobieniu dziecka ma swoje początki w fakcie, że medycyna jest bezsilna w dziedzinie powiększenia mojej rodziny.

Pierwsze dziecko przyszło na świat z zagrożonej ciąży. Jakiś czas później zaczęliśmy się starać o następne, ale po nieudanych próbach zaczęło się raczej chodzenie do lekarzy. Pojawiały się co raz to lepsze pomysły na rozwiązanie naszego problemu. Wraz z kolejnymi badaniami, zaleceniami, zabiegami rosło nasze zmęczenie i frustracja. Największym obciążeniem psychicznym była dla nas techniczna część kuracji: wziąć te leki, przyjść za miesiąc, po miesiącu usg, tak jest pęcherzyk... rośnie... zapraszam za trzy dni... tak, pękł, jajeczko uwolnione, teraz do domu... działać... jutro do kontroli... tak, jest dobrze, dalej działać... zapraszam jutro... niestety, nie tym razem, spróbujemy za miesiąc... dalej brać leki i spotkamy się za miesiąc...

A potem jak w laboratorium, próbówki, szkiełka, mikroskopy...Jak nie zadziała jedno, to może spróbujemy tamtego, a potem jeszcze tego, a potem...

Obłęd, jednym słowem, paranoja, absurd! To nie tak ma być! Dziecko poczęte w takich okolicznościach to produkt produkcji a nie owoc miłości... To była nasza nieprzekraczalna granica, doszliśmy do niej... Dość! Nie tędy droga! Podziwiam i życzę siły, determinacji i odwagi tym, którzy zdecydowali się iść tą drogą. Naprawdę, to nie jest łatwe, wiem coś o tym. To nie było dla nas... My w pewnym momencie powiedzieliśmy stop! Ci którzy przez to przechodzili wiedzą doskonale o czym piszę, a ci którym zostało to zaoszczędzone... Niech dziękują Bogu.

W zasadzie z bólem, ale i z ulgą usłyszałem diagnozę bezpłodność. Wiedziałem na czym stoję. Gdy opadł smutek, rozgoryczenie, złość... Pogodziliśmy się z faktem, że będziemy mieć jedno dziecko. Ale po jakimś czasie do głosu doszła myśl, czy przypadkiem adopcja nie jest tym właściwym sposobem na powiększenie mojej rodziny. W czasie leczenia spychałem tę myśl gdzieś w zakamarki umysłu, nie dopuszczałem jej do siebie. Muszę przyznać, że żona szybciej była gotowa do takiej decyzji, ja unikałem tego tematu jak ognia. Unikałem rozmowy, ale to nie oznacza, że nie myślałem. Myślałem tak intensywnie, że prawie obsesyjnie. Bywały takie dni, że była to myśl, która mnie budziła rano, która towarzyszyła mi przez cały dzień i nie pozwalała mi zasnąć wieczorem. Musiałem się z nią oswoić... Zajęło mi to trochę czasu...

W mojej głowie kłębiło się mnóstwo pytań i wątpliwości: przygarnąć obce dziecko czy nie? Jest to tylko moja zachcianka, czy może prawdziwa potrzeba? Czy za taką decyzją stoi mój egoizm i chęć zaspokojenia swojej potrzeby, czy chęć pomocy jakiemuś dziecku? A czy chęć pomocy też nie wypływa z egoizmu, bo chcę w ten sposób podbudować swoje ego? Czy może zgodzę się na adopcję bo chce tego moja żona? Jak adopcja wpłynie na losy mojej rodziny (żony i dziecka)? Bo przecież to moja rodzina i jestem za nią odpowiedzialny...

Podstawowym problemem dla mnie było pytanie, czy potrafię pokochać obce dziecko, czy potrafię pokochać je tak samo mocno jak moje biologiczne, czy jestem do tego zdolny, czy w ogóle jest to możliwe? Czy potrafię pokochać je JEDNAKOWO? Czy potrafię sprawiedliwie podzielić miłość między moje dzieci? Wydawało mi się, że mniejszy problem miałbym, gdybym nie miał dziecka biologicznego, wtedy wszystkie byłyby adoptowane, miały by ten sam status. A w takiej sytuacji bałem się, że mogę być niesprawiedliwy, że któremuś (temu adoptowanemu) wyrządzę krzywdę obdarzając je mniejszą porcją miłości...

Dla mężczyzny emocje są niepewne, niewiarygodne, a to dla tego, że nie można ich zmierzyć, zważyć, porównać... Są takie nieokreślone, bezkształtne, bezpostaciowe a jednak realne.

Gdy facet podejmuje jakąś ważną decyzję to wygląda to mniej więcej tak: trzeba dany problem rozłożyć na czynniki podstawowe, następnie każdemu elementowi dokładnie się przyjrzeć, potem oddzielić emocje od faktów i na podstawie tych faktów, wszystkich za i przeciw, podjąć decyzję.

Ale czasami są decyzje, w których nie da się oddzielić emocji od konkretów. I wtedy facet ma PROBLEM. Ale wtedy też jest sposób, ostateczny, jeden jedyny który facet potrafi zaakceptować, choć zupełnie niezrozumiały dla płci pięknej. Sposób którego mężczyzna wolałby nie stosować (jest wtedy „oskarżany” o niezdecydowanie, a mężczyzna nie lubi być niezdecydowany), ale inaczej sobie nie poradzi. To PRÓBA CZASU.

Ja musiałem być pewny swojej decyzji, zwłaszcza tak poważnej, z której konsekwencjami będę miał do czynienia do końca życia. Musiałem być na tyle pewny, by nie zmienić jej pod wpływem kłopotów, a kłopoty przyjdą na pewno. Musiałem być pewny do tego stopnia, abym nigdy nie pomyślał (a co dopiero powiedział do żony): „Ja nie chciałem, to była twoja decyzja. Chciałaś problemów to teraz je masz, mnie w to nie mieszaj, ja nie chciałem, ja mówiłem nie!”

No właśnie, musiałem chcieć, musiałem być pewny, że chcę, musiałem być pewny, że nie jest to decyzja podjęta pod wpływem emocji, ale pod wpływem prawdziwego, realnego, trwałego uczucia.

Trzeba daną emocję, uczucie poddać próbie czasu. Jeżeli przestanie mi się chcieć, to znaczy, że to była zachcianka, uczucie niewarte uwagi... Jeżeli po upływie czasu nadal chcę, to znaczy, że uczucie jest realne, nabiera konkretów, wagi, wymiarów... Z każdą chwilą przestaje być nieokreśloną emocją, a staje się co raz bardziej twardym konkretnym faktem.

Dlatego, drogie Panie, chłopak tak długo zwleka z oświadczynami, bo sprawdza, czy jego uczucie to zachcianka, czy też coś więcej, sprawdza jego trwałość, bo to jedyna cecha którą da się zmierzyć w uczuciach (którą on potrafi zmierzyć).

Próba czasu... Ile to trwa? Dla was, drogie Panie, za długo, dla nas najczęściej za krótko...

Dla płci pięknej emocje są równie konkretne jak fakty, dla nas jest to niezrozumiałe, tak samo jak dla was jest niezrozumiałe wyeliminowanie emocji z procesu podejmowania decyzji.

Mnie rozmyślania o ewentualnej adopcji zajęły ok. półtora roku. Półtora roku zanim zaczęliśmy z żoną o tym rozmawiać ze sobą. (Rozmowa = dyskusja, dialog, wymiana poglądów myśli i opinii, słuchanie tego, co druga osoba ma do powiedzenia).

Moja żona bardzo dobrze mnie zna, wiedziała gdzie utknąłem. Zacytuję ją: „Boisz się czy pokochasz to obce dziecko? Ja też byłam dla ciebie obca, a nie mam wątpliwości, że mnie kochasz i wiem, że tak samo jak pokochałeś mnie pokochasz to dziecko, nasze dziecko.”

Podczas rozmowy okazało się, że mamy niemal takie same poglądy na adopcję, tego samego się obawiamy, w tych samych miejscach spodziewamy się kłopotów. Ale okazało się też, że ja miałem zadowalające odpowiedzi na jej pytania, a ona znała odpowiedzi na moje.

Nasze dziecko – to był klucz, odpowiedź na pytanie: „A co jak przyjdą kłopoty?” Jeśli nasze dziecko ma kłopoty (ze sobą, z nami, my z nim, ono z innymi...), to my jako rodzice musimy starać się je rozwiązać najlepiej jak potrafimy. Bez znaczenia jest, czy ma nasze geny czy nie. Geny, osobowość, charakter, dotychczasowe doświadczenie życiowe, mają wpływ na metody rozwiązywania kłopotów, ale nie mogą mieć wpływu na skalę naszego zaangażowania w ich rozwiązywanie.

Potem już tylko kilka miesięcy i pierwsza wizyta w Ośrodku Adopcyjno-Opiekuńczym i szkolenia. Ale bez próby czasu nic by z tego nie wyszło.

Popływałem tylko po powierzchni oceanu uczuć w tym tekście. I nie chcę głębiej. Jest to tylko zasygnalizowanie tematu. Nie czuję potrzeby, by się publicznie uzewnętrzniać i obnażać. Nie wykluczam jednak indywidualnych „rozmów” z zainteresowanymi, wręcz do nich zachęcam. Może moje przemyślenia i wnioski, pomogą komuś podjąć właściwą decyzję.

Komentarze użytkowników