A A A

To są uratowane dzieci

data dodania: 11.10.2011

Informacje
Autor: Katarzyna Stelter
Data dodania: 11.10.2011

Tagi: rodzina zastępcza, adopcja, problemy z płodnością, bezpłodność, niepłodność, fas

- Nie żałuję ani jednego dnia, który przeżyłam jako rodzic zastępczy - mówi Maria, mama Ani, Szymona i Pawła.

Zobacz galerię

Dyskusje w grupach:
ostatnie wpisy w grupach

zobacz inne grupy...

Katarzyna Stelter: Ania, Paweł i Szymon to już nastolatki, ale gdy stworzyli im państwo dom, mieli zaledwie po kilka lat. Pamięta pani jeszcze pierwsze dni razem?
Maria: Tak, dokładnie, choć było to już niemal 11 lat temu. W pierwszych dniach byliśmy zaskoczeni, że dzieci są takie grzeczne. Kiedy nas wcześniej odwiedzały, rozrabiały po swojemu, wiadomo - jak to dzieci, nie miały zahamowań. Kiedy jednak przyszły do nas już na stałe, to przez jakieś 2 tygodnie zachowywały się wręcz jak dzieci idealne, jakby sprawdzały, czy jak będą grzeczne, to czy zostaną w nowej rodzinie.

Zanim jednak zamieszkaliście wszyscy razem, musiało upłynąć nieco czasu.
Od momentu poznania dzieci do chwili, kiedy na stałe się do nas wprowadziły, minęło ok. 9 miesięcy.

To jakby 9 miesięcy ciąży. Kiedy zdecydowali się państwo na tę nietypową ciążę?
Jeszcze przed naszym ślubem pracowaliśmy z dziećmi w świetlicy środowiskowej. Zawsze chcieliśmy mieć własne dzieci, zawsze byliśmy na nie otwarci. Kiedy te jednak się nie pojawiały, zaczęliśmy myśleć o stworzeniu domu innym dzieciom. Poza tym początki naszej drogi były też duchowe. Poczuliśmy w pewnym momencie, że taka jest wola Boża. Czuliśmy, że idziemy za wezwaniem.

Jak podjęli państwo to wezwanie?
Wszystko przebiegało nietypowo, bo najpierw poznaliśmy dzieci, a dopiero potem założyliśmy rodzinę zastępczą.

Jak to?
Pojechaliśmy do domu dziecka. Przedstawiono nam wtedy rodzeństwo: Anię i Pawła. Byli zgłoszeni do adopcji zagranicznej, bo w całej Polsce nie znalazła się żadna chętna rodzina. Szymon pojawił się w naszej rodzinie później, po ok. 4,5 roku.

Co było potem?
Najpierw musieliśmy się sprawdzić. Mieliśmy rozmowy z psychologiem. Nie przechodziliśmy jednak żadnego kursu przygotowawczego, bo wtedy takich jeszcze nie było. Osoba, która nas przyjmowała w domu dziecka, też weryfikowała nas w pewien sposób. Potem pojechaliśmy do ośrodka adopcyjno-opiekuńczego, w którym odbyliśmy rozmowę z dyrektorem. Później była komisja, która oceniła naszą kandydaturę i ostatecznie sąd, w którym zapadła decyzja o utworzeniu rodziny zastępczej.

Czego najbardziej obawiali się państwo przed podjęciem ostatecznej decyzji?
Mieliśmy miejsce w domu i miejsce w naszych sercach. Wiedzieliśmy, że chcemy przyjąć dzieci.
To, czy będziemy rodziną zastępczą, czy nie, było tak naprawdę sprawą drugorzędną. Oczywiście były obawy. Zastanawialiśmy się przede wszystkim, czy podołamy. Stopniowo poznawaliśmy dzieci. My jeździliśmy do nich, dzieci przyjeżdżały do nas. Pomału zaprzyjaźnialiśmy się, rozmawialiśmy, choć nigdy nie było łatwo. Dzieci zmagają się z niepełnosprawnością. W ich przypadku to różne choroby: upośledzenie umysłowe i głuchota. Nauczyliśmy się migać, żeby móc porozumiewać się z niesłyszącą córką. Przydało nam się to też wtedy, gdy pojawiło się trzecie dziecko - również niesłyszący Szymon.

Szczególnie trudne momenty?
Nie pamiętam momentów, które były trudniejsze od innych. W przypadku dzieci niepełnosprawnych trudności większe i mniejsze pojawiają się jedne po drugich. Do tego dochodzą problemy z zaburzeniem więzi, w naszym przypadku także FAS [Zespół Alkoholowy Płodu -  przyp. red.]. Do pewnego stopnia udało nam się je pokonać, ale jest bagaż, który nasze dzieci już zawsze będą dźwigać.
A piękne chwile? Które z nich zapadły pani w pamięć?
Ostatnio razem z Anią i dziadkiem jeździliśmy po sklepach. Ania wybierała dla siebie nowe ubrania. Po powrocie do domu, żegnając się z dziadkiem córka spontanicznie powiedziała do niego: „Kocham cię”. Piękne było to, że po tylu latach powiedziała tak do dziadka sama, po prostu od siebie. Następna piękna chwila, to gdy Ania weszła do kuchni, wyjęła sobie patelnię, wrzuciła na nią masło, pokroiła ziemniaki, posypała przyprawą i je usmażyła. Dla większości ludzi to nic nie znaczy, ale dla nas to piękny prezent. Zrobiła to wtedy pierwszy raz zupełnie samodzielnie. Dla nas to szalenie ważne.

A jak wyglądają relacje z rodzinami biologicznymi dzieci?
Nie mają z nimi kontaktu, co właściwie też jest dość nietypowe, jak na rodzinę zastępczą. Szymon w ogóle nie poznał swojej rodziny biologicznej. Od urodzenia przebywał w różnych szpitalach, potem w domu dziecka. Gdy trafił do nas w wieku 8 lat, staliśmy się dla niego pierwszą prawdziwą rodziną. Ania i Paweł mieli kontakt ze swoją rodziną biologiczną, ale niewiele z tego pamiętają.

Pytają czasem?
Nie z każdym dzieckiem możemy porozmawiać o tych sprawach. Najwięcej rozmawia z nami Paweł. Jest teraz w okresie dojrzewania i widać, że ten temat bardzo go nurtuje. Kiedyś w ogóle odrzucił go, tłumaczył sobie, że rodzice umarli. Nie wracał do tej sprawy, nie chciał o nich rozmawiać, nawet wtedy, gdy my sami próbowaliśmy.

Co jeśli kiedyś zechce ich odnaleźć, poznać?
My nie mamy z tym problemu i nie mamy też nic przeciwko. Myślę jednak, że on sam nie umiałby się do końca z tym uporać. Ma teraz 16 lat i byłyby to dla niego z pewnością ogromne emocje.

Trudno być rodziną zastępczą w Polsce?
Trudno. Ciągle odczuwa się niestety brak pełnej akceptacji w społeczeństwie. Dzieci boją się przyznać, boją się, że to będzie źle przyjęte. Mieliśmy też trudności z uzyskaniem odpowiedniej pomocy terapeutycznej. Przez cały czas, jaki jesteśmy rodziną zastępczą, nie spotkaliśmy się z kimś, kto rzeczywiście rozumiałby problemy naszych dzieci. Sami musieliśmy i często nadal musimy szukać przyczyn, zgłębiać, dlaczego dziecko zachowuje się tak, a nie inaczej. Podejmowaliśmy próby współpracy z psychologami np. w ośrodku czy w przychodni dziecięcej, ale zrezygnowaliśmy z nich, bo za każdym razem okazywało się, że to nie to, że osoby, na które trafialiśmy, nie rozumiały jednak potrzeb i problemów naszych dzieci.

Czy ośrodek interesuje się państwa losem, tym jak państwo sobie radzą?
Tak, w pewnym sensie. Od czasu do czasu przychodzi do nas pani z ośrodka. Pyta o dzieci, stara się podtrzymać kontakt. Ale jeżeli chodzi o rozwiązywanie codziennych problemów, to raczej musimy liczyć na siebie.

Mija już niemal 11 lat, odkąd są państwo rodziną zastępczą. Czy patrząc z perspektywy czasu, coś by pani zmieniła?
Nie żałuję ani jednego dnia, który przeżyłam jako rodzic zastępczy. Nawet gdybym wiedziała, jak będzie, to i tak podjęłabym ten trud. Myślę, że on kiedyś zaowocuje, że on nawet już owocuje, choć może nie jest to jeszcze to, czego byśmy oczekiwali. Myślę, że można powiedzieć, że nasze dzieci są w jakiś sposób uratowane, że nie będą źle o sobie myśleć, czy nawet szkodzić społeczeństwu. To są dzieci, które oprócz swojego ciężkiego bagażu doświadczeń niosą też bagaż doświadczeń pozytywnych, który im pomaga żyć.

Rozmawiała Katarzyna Stelter
Na prośbę bohaterów wywiadu ich imiona zostały zmienione.

Komentarze użytkowników