Czekanie. Mijają kolejne dni oczekiwania, które zmieniają się w tygodnie, miesiące, lata... i nagle dzwoni telefon. Jeden z wielu telefonów, już nawet przestaje się czekać na ten jeden, szczególny, z ośrodka adopcyjnego. A to właśnie TEN telefon TERAZ dzwoni. I co dalej?
Umawiamy się na spotkanie w ośrodku, dostajemy dokumentację dziecka, możemy wypytać pracownika o wszystko co wie na jego temat, jeśli decydujemy się na poznanie dziecka ustalamy termin spotkania, może będzie możliwość, by najpierw porozmawiać z dotychczasowymi opiekunami?
Pierwsze spotkanie. Widzimy dziecko... Jak poznać, że to jest właśnie to? Matka ponoć zawsze pozna swoje dziecko... a ojciec?
Jednym z głównych moich problemów, nad którym najwięcej się zastanawiałem, gdy myślałem o adopcji było pytanie, czy zdołam pokochać obce dziecko. Dziś już wiem, że tak. Ale czy potrafię tak nagle, z dnia na dzień, przy pierwszym spotkaniu?
Mówili nam, że jeśli zaiskrzy, to dziecko jest nasze, jeśli nie ma iskier, to nie. Ale dla mnie największy problem tkwi w tych iskrach, czy w ogóle jest to możliwe i czy one są wiarygodne. Czy może zaiskrzyć na zawołanie? Czy od razu będę wiedział, że to MOJE dziecko?
Można tu wymyślać różne teorie, ale pozostaną one tylko niesprawdzonymi teoriami. Znajomość siebie też nie jest obiektywnym argumentem, potrafimy przecież doskonale oszukiwać siebie samych i innych...Wyobrażenia o sobie wcale nie muszą mieć wiele wspólnego z rzeczywistością...
Jednak życie samo postanowiło pokazało mi nieco prawdy o sobie samym. A było to tak.
Na wakacjach, na plaży, grupa dzieci w różnym wieku bawi się tuż obok nas. Na początku nie zwracaliśmy na nie uwagi, ale po pewnym czasie zaintrygował nas fakt, że opiekunkami były dwie panie, a dzieci zwracały się do nich per ciociu. Dowiedzieliśmy się, że to dwa liczne rodzeństwa z domu dziecka pod opieką wychowawców.
Po jakimś czasie zabawa przenosi się na nasz koc. Nasze dziecko zaczyna bawić się razem z nimi. My dorośli też przyłączamy się do zabawy z piłką, ale szybko wymiękamy (skąd dzieci biorą tyle energii?). Ograniczamy się do rozmów, żartów i ...obserwacji.
Kilkoro dzieci, dwa rodzeństwa, każde inaczej się zachowuje, każde jest inne...
Pozwoliłem sobie na teoretyczny wybór dziecka, które chciałbym adoptować, gdyby była taka możliwość. Zawyżyłem kryterium wiekowe i płci. Przyglądałem się charakterom... sposobowi bycia i zachowania, oceniałem, jak szybko nawiążę kontakt i porozumienie. Obserwowałem też siebie, próbowałem zapamiętać i nazwać uczucia, które wtedy się we mnie pojawiały. Obserwowałem też moją rodzinę, zwłaszcza to, jak szybko i z kim moje dziecko złapie kontakt, nić porozumienia...
Ja wiem, że to dziwne, sam czułem się nieswojo dokonując takiego teoretycznego wyboru, taki dziwny etycznie eksperyment, ale pozwoliłem sobie na gdybanie. Sama pojawiła się taka możliwość, żadnemu dziecku nie robiłem przecież krzywdy dając fałszywą nadzieję. Skąd mogłyby wiedzieć, że jestem rodzicem czekającym na adopcję. Byłem zwykłym plażowiczem, który pozwolił swojemu dziecku bawić się z innymi dziećmi na swoim kocu.
A ja obserwowałem. I moja żona też.. I moje dziecko też, jak się później okazało.
Znalazło się dwoje dzieci, które szczególnie przypadły mi do serca. Tak sobie pomyślałem, że nie byłoby szczególnie trudno otworzyć swoje serce właśnie dla kogoś takiego. Gdyby była taka możliwość, mógłbym to dziecko pokochać, miało by szansę zaiskrzyć... Miało to „coś” … Ze zdziwieniem obserwowałem zachodzące we mnie zmiany, zaskoczyła mnie mała ilość czasu, który byłby mi potrzebny do podjęcia decyzji o adopcji. Wystarczyły 2-3 godziny wspólnego przebywania, zabawy, rozmowy, obserwacji...
Żona i córka wybrałyby te same dzieci...
Jako rodzice doszliśmy do tych samych wniosków. Między innymi do tego, że między naszą córką a adoptowanym dzieckiem musi być odpowiednia różnica wieku. Odpowiednio duża różnica wieku, taka, by moja córka nie straciła pewności siebie. To ma być młodsze rodzeństwo, którym ona się zaopiekuje, sama tego chce i czeka na to niecierpliwie.
Najbardziej cieszę się z tego, że „spodobały” się nam te same dzieci. Nie bez znaczenia jest tu fakt, że te dzieci grają przed obcymi, chcą się pokazać z jak najlepszej strony - w ich mniemaniu z jak najlepszej strony. Trudno przebić się przez tę fasadę, ale jest to możliwe. Tak samo odbieraliśmy z żoną wszystkie dzieci, tak samo zinterpretowaliśmy ich zachowania, sposób bycia, mówienia, odnoszenia się do innych dzieci, do naszego dziecka.
Cieszę się też z tego, że odkryłem w sobie gotowość do pokochania obcego dziecka. Przedtem tylko podejrzewałem, że potrafię... teoretycznie udowodniłem taką możliwość... wmówiłem sobie... dałem sobie wmówić...
Teraz wiem! Wiem także, że może zaiskrzyć, tak nagle, bez ostrzeżenia... Wiem także, że może nie zaiskrzyć, mamy kontakt z dzieckiem przygotowanym do adopcji, wiek odpowiedni, ale nie ma iskier...
Obraz taki pojawił się w mojej głowie: dziecko ma sztuczne ognie, sam pręciki, a ja akurat zapałki... I ono musi do mnie wyciągnąć rękę ze sztucznymi ogniami, a ja muszę przytknąć zapaloną zapałkę... a potem już są iskry...
Ta dwójka miała zimne ognie, nie wyciągały do mnie rąk, ale ja byłem gotów szukać zapałek...
Nie zapaliło się, bo to był tylko „eksperyment”, czekam na jedno dziecko, nie czwórkę. Ale teraz wiem, jak to działa.
To zdarzenie pokazało mi też, że istnieje możliwość, iż znajdziemy nasze dziecko w taki właśnie niekonwencjonalny, „przypadkowy” sposób. Niekoniecznie przez telefon z ośrodka... Zdarzyło się raz, może zdarzyć się jeszcze raz... Już nie na plaży, ale może w autobusie, może poznam jakąś rodzinę zastępczą, która szuka domu dla swojego podopiecznego... Wiele jest możliwości... A życie tak zaskakujące...